Na blondynkę 2010-03-01 19:46:50 Jeżdżę samochodem, który ma już swoje lata i nie da się ukryc, że to już po prostu rzęch i powinnam go wymienić na nowszy model (ale nasza mega inwestycja życiowa wyklucza niestety takie pomysły). Pojawił się problem, gdyż moje auto wymagało przeglądu, bo minął już termin wpisany w dowodzie rejestracyjnym i jeździłam kilka dni modląc się, by patrole daleko ode mnie były. Ten, na którego w zakresie przeglądu liczyłam, czyli mąż mój osobisty dodał mi otuchy stwierdziwszy, że ta rdza, uszkodzone drzwi dają kiepskie widoki na wpis w dowodzie. I na tym skończył ze wsparciem społecznym. Rzucił mi tylko przez ramię, dusząc się ze śmiechu "pozostaje ci tam pojechać i udawać blondynkę...tylko go przedtem chociaż umyj". W poniedziałek z rana skierowałam się do myjni, efekt średni, ale auto jakby mniej brudne, za to rdza gdzieniegdzie lepiej widoczna. Potem stawiłam się w stacji obsługi pojazdów, gdzie zrobiłam z siebie modelową słodka idiotkę. Począwszy od "ale na kanał to ja raczej nie wjadę", poprzez "myśli pan, że ja wiem, gdzie jest dźwignia od otwierania klapy silnika", "gaśnicę mam...o nawet drugą też, naprawdę nie można już z nią jeździć????". Szczytem było jak wmówiłam panu, że pomarańczowy latawiec w bagażniku jest trójkątem ostrzegawczym. Samochód przeszedł przegląd warunkowo, nie obejdzie się więc bez wizyty u mechanika, oj pójdzie kasy... Za to wrażenia z bycia 100% blondynką bezcenne. Mąż jest ze mnie dumny i mówi do mnie " moja blondie" :-))))
|
|